EuropaUkraina

Kijów, Prypeć i Czarnobyl, czyli Ukraina w 3 aktach.

Prolog.


Na ogół to w książkach, a nie na blogach, stosuje się wstępy. Wyłamię się jednak z tego schematu, ponieważ to pierwszy wpis na tym blogu i chciałbym Was tutaj serdecznie powitać. Powody dla których powstaje to miejsce znajdziecie w dziale „O mnie”, więc nie będę tu tego powielał. Jednocześnie lojalnie uprzedzam – ten pierwszy wpis to wyjątkowo długa forma. Lektura zajmie Wam około 15 minut. To artykuł pełen osobistych przemyśleń dotyczących wyjazdu na Ukrainę i do strefy czarnobylskiej – zarówno samej podróży, jak i celu.

Nie wszystkie treści na tym blogu będą tak obszerne – chcę prezentować tu także krótkie i konkretne wpisy – ale z założeniem, by przynajmniej raz na miesiąc podzielić się czymś bardziej złożonym, wartym poświęcenia temu odrobiny czasu (którego wszystkim brak). Dlatego nie przedłużając zapraszam do lektury, mam nadzieję, że zostaniecie na dłużej.

Mike Czuba, lipiec 2018

Wyprawa do czarnobylskiej zony.

Kijów, Prypeć i Czarnobyl – Akt 1 – Strach.


Wiedzieliście, że Boże Ciało wypada zawsze w czwartek? Organizując sobie jeden dzień wolnego mamy aż 4 dni na spędzenie czasu w dowolny sposób. W moim przypadku, gdy tylko mogę – wyjeżdżam. Tak samo zrobiłem tym razem. Padło na Ukrainę, a konkretniej, na podróż do okrytej ogromną tajemnicą i niepewnością czarnobylskiej strefy zamkniętej.

Postanowiliśmy wybrać się do miejsc, które rozbudzają moją wyobraźnię od przynajmniej 10 lat, kiedy jako nastolatek dowiedziałem się o ich istnieniu. Zamknięta, czarnobylska strefa wykluczenia i opuszczone miasto Prypeć. Na deser radar pozahoryzontalny Duga. Świadkowie największej katastrofy atomowej związanej z infrastrukturą cywilną, która posłużyła za inspirację dla licznych filmów, książek i gier w klimacie postapokaliptycznym. Miejsce to wydawało mi się czymś absolutnie abstrakcyjnym, znanym pierwotnie tylko ze zdjęć z zagranicznych forów fotograficznych, a później z YouTube’a. Wyobraźcie sobie – miasto, w którym mieszkało 50 tysięcy ludzi, a aktualnie jest niemal całkowicie opuszczone (dlaczego niemal, o tym później). Czas zatrzymał się tam w kwietniu 1986 r.

Dlaczego strach przed Ukrainą i Czarnobylem?


Nie chodzi o skutki napromieniowania. Każdy wybierający się w to miejsce zna fakty. Odwiedziny w czarnobylskiej strefie nie wiążą się z żadnym szczególnym radioaktywnym niebezpieczeństwem, oczywiście jeżeli zachowamy trochę zdrowego rozsądku i nie zechcemy np. spędzić nocy przykryci ubraniami likwidatorów zwalczających skutki katastrofy, w czerwonym lesie lub w pobliżu znanego chwytaka likwidacyjnego – lub na jednej z tzw. gorących radioaktywnych wysp 😉

Mój strach o samodzielny wyjazd na Ukrainę bazował na stereotypach. Wierzyłem, że podróż na Ukrainę własnym samochodem skończy się godzinami na granicy, szybkim kontaktem z ichniejszą “mundurówką” a może i utratą samochodu. Uwierzcie, naprawdę byłem przekonany, że zaraz po przekroczeniu granicy zatrzyma mnie jakiś patrol i będę musiał wyskoczyć z kilku dolarów “za nic”.  I jeszcze ten absurdalny strach przed kradzieżą samochodu. Okej, może to auto, które ciągniemy ze sobą w każdy zakątek ma już kilka lat, ale jednak było by szkoda ;). Głupota i uprzedzenia… Z perspektywy przejścia granicznego (tu akurat poszło dość sprawnie – przynajmniej w drodze na Ukrainę) i wszystkich spotkanych na ukraińskich drogach samochodów mogę stwierdzić z przekonaniem – jeżeli nie jeździsz czymś wartym kilkaset tysięcy, lub czymś co z założenia często się kradnie, to raczej możesz być spokojny – na Ukrainie jest wiele lepszych samochodów niż mój czy Twój ;).

Przez stereotypy wyjazd na Ukrainę zakwalifikowałem do kategorii „tylko z wycieczką zorganizowaną”. Dziś myślę inaczej. Ale nadal do tej kategorii należą u mnie np. Indie. To zbyt duża egzotyka. Muszę przyznać – jestem turystą wygodnym i pragmatycznym. Nie w znaczeniu, by leżeć przy basenie na wczasach all inclusive, bo oferta biur z katalogami pełnymi basenów i drinków z palemką zwyczajnie mnie smuci. To nie jest sposób poznawania świata! Przez wygodę rozumiem, że chcę zrelaksować się, wybrać do dobrej restauracji i być panem swojego czasu na wyjeździe – a jednocześnie zobaczyć ciekawy kawałek świata. Przez pragmatyzm – niech w egzotycznych miejscach ktoś dopilnuje wszystkiego za mnie. W każdym innym miejscu wolę być niezależny co do planu, czasu i środka transportu.

Pomysł wyjazdu do czarnobylskiej zony pojawił się dość spontanicznie. Zainspirowany rozmową wpisałem w Google “wycieczki do Czarnobyla” i co jasne – w Polsce takie wyjazdy organizuje kilka biur. Oferta jednego z nich przykuła moją uwagę.

Drobna dygresja. Celowo nie podaję nazwy biura – bo z doświadczeniami wywiezionym stamtąd zorganizowałbym dziś ten wyjazd nieco inaczej. Nie umiem też jednoznacznie powiedzieć, że mogę polecić lub odradzić wyjazd według tego programu z tym właśnie biurem – tu należałoby przyjąć starą zasadę „zależy co komu pasuje”. Każdemu według potrzeb. Jednak jeśli nie mogę czegoś polecić ze 100% przekonaniem – nie robię tego.

Podróż i zwiedzanie Kijowa.


Wyjazd z krakowskiego dworca zaplanowany był na czwartek o 16:00. Pod czujnym okiem przewodniczki – pani Anny – mijały kolejne kilometry trasy. Obejrzeliśmy dwa filmy o katastrofie czarnobylskiej, wszystko fajnie… tylko ten planowany przyjazd do Kijowa – godzina 9:00 rano. 17 (siedemnaście!) godzin w autokarze przed nami. 

Cholera, jednak nie przywykłem do takiej jazdy. Dotarło to do mnie po kilku godzinach. Mocno cenię sobie niezależność, co – z wiadomych względów – jest ograniczone podczas jazdy w zorganizowanej grupie. Nic mi do tego, jeżeli ktoś lubi podróże autokarami lub pociągami. Sam w ten sposób zjeździłem Polskę wzdłuż i wszerz, jednak teraz już wiem, że z wiekiem oczekiwania się zmieniają i to co cieszyło mnie gdy miałem lat 20, absolutnie mniej cieszy gdy zbliżam się do 30-tki.

Z godzinną przerwą na poranną toaletę i śniadanie dotarliśmy do stolicy Ukrainy mocno po godzinie 10. 18 godzin w autokarze. Chyba tylko wizja Czarnobyla sprawiała, że nie marudziłem pod nosem ;). Jednym z moich podróżniczych celów jest Australia, co wiąże się z 24h w samolocie, więc trzeba nabierać wprawy i zaciskać zęby. Wracając do Kijowa – po tak długiej podróży, człowiek niekoniecznie ma siły i ochotę na zwiedzanie miasta. Odniosłem wrażenie, że program wycieczki upchany był trochę tak, by pierwszy dzień wykorzystać jak najbardziej, co musiało odbić się na komforcie.

Atrakcje w Kijowie.


Na “dzień dobry” mieliśmy do wyboru dwie atrakcje stolicy – Ławrę Kijowsko-Pieczerską lub Muzeum Wielkiej Wojny Ojczyźnianej (och jak bardzo postsowiecko). Z powodu korków, które toczą Kijów, dwie atrakcje przestały być wyborem, bo trzeba było zdecydować się na jeden program wycieczki. Nonkonformistycznie olaliśmy obydwa. Wybraliśmy spacer po najbliższej okolicy.

I to jest to! Grupa podzieliła się na pół, ludzie poszli w swoją stronę, a my doświadczyliśmy typowego folkloru dla “innostrańców” – przy miejscach turystycznych stragany pełne matrioszek, magnesów i całego tego “chłamu”, który serwuje się turystom. To głupota, ale często takie „pamiątki” przywożę do domu, by później zastanawiać się po co mi to i do czego to ma służyć 🙂  

Kijów – Muzeum Czarnobylskie.


Kolejny punkt wycieczki – miejsce, z którym wiązałem duże nadzieje, a które rozczarowało. Muzeum pełne pamiątek, ale takich, które nie powalały na kolana. Kopie dokumentów, mundury, medale. Nic spektakularnego, ani nawet szczególnie wartego uwagi. Nie spodziewałem się raczej mutantów, ale muzeum ma wymiar wyjątkowo symboliczny. Opis muzeum z Wikipedii to dwa akapity – bo cóż można więcej powiedzieć o 4 niedużych salach?

Muzeum powstało jako pomnik ofiar katastrofy elektrowni atomowej w Czarnobylu. Przez jednych nazywane muzeum pamięci, przez innych muzeum narodowej tragedii. Zostało otwarte w przeddzień szóstej rocznicy katastrofy, 25 kwietnia 1992, w specjalnie na ten cel przystosowanym budynku straży pożarnej. 25 kwietnia 1998 w dwunastą rocznicę awarii elektrowni atomowej prezydent Łeonid Kuczma podniósł muzeum czarnobylskie do rangi narodowego.

Ekspozycję tworzą tysiące zdjęć przedstawiających wysiedlonych mieszkańców Prypeci i okolicznych wiosek. Uzupełniają ją krótkie filmy pokazujące miasto w 1986 oraz później jako wymarłego miasta. Przed muzeum są zaparkowane dwa UAZy 469B i RAF 2203158, które brały udział w akcji ratunkowej po awarii elektrowni. Symbolem muzeum jest obumarła w połowie jabłoń – drzewo poznania dobra i zła. Jest to alegoria siły energii atomowej, która pod kontrolą człowieka przynosi dobre owoce, ale może nieść śmierć i zniszczenie.

Wstęp do muzeum kosztował 20 hrywien / os. (~2,80 zł). Fotografowanie kosztowało dodatkowo 40 hrywien (~ 5,60 zł ), filmowanie 70 (~ 9,90 zł). Kwota symboliczna, choć raczej niepotrzebna. Czapki z głów dla osoby, która chce upilnować, czy ktoś robi telefonem tylko zdjęcia, czy już kręci film. Dla zasady by nie rzucać się w oczy z aparatem dokonałem opłaty, za co spodziewałem się jakiegoś bonu z napisem „foto allowed” czy czegoś w tym rodzaju – choćby pieczątki „foto ok” na ręce ;).

Otrzymałem 2 dodatkowe bilety wstępu. Ja i aparat = trzy bilety.

Gdy robiłem powyższe zdjęcia podeszła do nas starsza Pani (pracuje tam zapewne od otwarcia muzeum) i z wyraźnymi pretensjami oświadcza, że fotografować nie można, a ja nie mam odpowiedniego upoważnienia z kasy. Na nic próby tłumaczenia (zresztą dogadaj się, ona nie mówiła w innym języku niż ukraiński i rosyjski, a ja na lekcjach rosyjskiego miałem ciekawsze rzeczy na głowie), że zapłaciłem za upoważnienie, wyrażone w dwóch dodatkowych biletach, bo tak zadysponowała kasa. Chodziła za mną krok w krok wyrażając jawną dezaprobatę. Na szczęście w Polsce już od dawna można fotografować w muzeach bez dodatkowych opłat.  

Muzeum Czarnobylskie w kijowie oceniam bardziej jako „wabik na turystów”. Swoją drogą niektórzy twierdzą, że cała zona czarnobylska utrzymywana jest aktualnie głównie po to, aby wyciągać od instytucji międzynarodowych pieniądze na jej zabezpieczenie i doglądanie (“Nowa Arka” czyli sarkofag wybudowany na wadliwym reaktorze, sfinansowana została m.in. przez Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju, Unię Europejską, Stany Zjednoczone, a także Polskę, która wyłożyła 1,5 mln euro na ten cel) oraz zapewnić ciągły ruch turystyczny, co przynosi budżetowi Ukrainy niemałe wpływy.

Powrót do autokaru. Piękna pogoda, Kijów szykuje się do obchodów Dnia Dziecka. Wokół turyści, gwar, stragany. W przypadku “mojego trybu” zaraz uciekł bym do jakiejś kawiarni, rozsiadł się z książką czy chociaż przyglądnął lokalnym kramom – no ale, nie było czasu. 

Tourist Hotel Complex. Foto: materiały hotelu, Booking.com

Hotel w materiałach reklamowych czaruje wyglądem. Niestety okazało się, że zastane trzy gwiazdki lekko odstają od przyjętych, zachodnioeuropejskich standardów. Ustalmy coś – trzy gwiazdki nie świadczą o tym, że od hotelu można wymagać zbytku i luksusu. Miejsce takie ma zagwarantować przede wszystkim komfortowy wypoczynek. Osobiście Tourist Hotel Complex*** w Kijowie zakwalifikowałbym nieco niżej, choćby dlatego, że niemal w każdym z zajmowanych przez grupę pokoi ponoć “coś było nie tak”. W przypadku mojego pokoju była to zepsuta klimatyzacja (choć fajnie, że w ogóle pokój był w nią wyposażony!). U kogoś nie było ciepłej wody, u innego współtowarzysza podróży czystość pokoju zostawiała dużo do życzenia. Odwiedzając więc hotel na Ukrainie warto przygotować się mentalnie do tego, że jego standard może odbiegać nieco od obowiązujących w Polsce i krajach UE standardów.

Po zameldowaniu się w miejscu wypoczynku, zaplanowane były dla nas jeszcze dodatkowe atrakcje na mieście, które jednak sobie odpuściłem. Zmęczenie dało się we znaki, a wiedziałem, że kolejny dzień wypełniony będzie aktywnościami od A do Z. Postawiłem na wypoczynek i sen.

Akt 2. Ciekawość dnia drugiego.


6:30 – pobudka. I koniec narzekania. Przed nami wyjazd do zony i Prypeci. Okazało się, że nasza dotychczasowa przewodniczka nie jedzie z nami. Biuro podróży outsourcuje podróż i oprowadzanie po zonie ukraińskiej firmie, która w tym się specjalizuje. W Polsce spodziewałem się, że załatwienie wszystkich formalności związanych z dostaniem się do zamkniętej, czarnobylskiej strefy to nie jest prosta sprawa. Okazało się jednak, że absolutnie wszystkie formalności załatwia wyspecjalizowane w tym względzie biuro organizujące wyjazdy w to tajemnicze miejsce.  Pod hotel podstawione zostały 2 autokary. W naszym autobusie było dwóch ukraińskich pilotów z w/w firmy oraz polska tłumaczka-przewodniczka, która na co dzień mieszka w Kijowie.

Wniosek na przyszłość – samodzielnie przyjechać (przylecieć!) do Kijowa i oddać się w ręce biura, które odbierze Cię z hotelu i odwiezie pod same drzwi. Zupełnie swobodnie można było załatwić sobie tę podróż samodzielnie. Loty do Kijowa można kupić w naprawdę przystępnych cenach, zgłosić się do tej firmy, by załatwiła wszystkie formalności i wyzbyć się niedogodności związanych z autokarem i wycieczką zorganizowaną. Trzeba przyznać, że ukraińska organizacja, o której mowa, była świetnie przygotowana do przyjęcia polskiego turysty – polskie ulotki, tłumacze, przewodnicy – działa to wszystko bardzo profesjonalnie. 

Sama droga z Kijowa do zony czarnobylskiej – co tu dużo mówić – jest raczej nudna i naprawdę kiepskiej jakości. Warto uzbroić się w cierpliwość, a czas podróży poświęcić na regenerację. Oczywiście można z okien autokaru zobaczyć kilka ukraińskich wiosek, ale na próżno szukać tam czegoś, co przykuje uwagę.

Wjeżdżamy do zony.


Pierwsza kontrola w zonie wiąże się przede wszystkim z… kupowaniem pamiątek. Owszem, przechodzi się tam pełnoprawną kontrolę graniczną, ale leitmotivem tego miejsca jest możliwość zaopatrzenia się w suweniry. Punkt pamiątkowy pozornie w środku niczego, to jednak bardzo nowoczesny – z terminalami obsługującymi karty płatnicze włącznie. UWAGA – dobra rada! 🙂 Ten punkt graniczny jest ostatnim pit stopem, w którym można zaopatrzyć się w coś do picia. Dzień, w którym tam dotarliśmy był mega gorący. Zawsze wyznaję zasadę, że wody nigdy nie masz zbyt wiele, ale od tamtego dnia nieco modyfikuję podejście na “wody masz zawsze za mało”. Miałem świadomość, że przede mną cały dzień pieszych wędrówek, ale gdybyśmy pod koniec dnia mieli w zanadrzu dodatkowy litr wody – było by lepiej.

Punkt kontrolny jest też swoistą barierą symboliczną i psychologiczną. Przekraczasz tu linię “zwykłego świata” i “świata po katastrofie atomowej”. To robi wrażenie. Nagle znajdujesz się w miejscu, które od ponad 30 lat jest zamknięte dla ludności cywilnej.

No właśnie – czy Strefa Wykluczenia jest całkowicie zamknięta i niedostępna? Nie do końca. W zonie przebywa cały czas kilka tysięcy robotników, wojskowych, osób, które budowały “Nową Arkę”- i nie tylko.

Część ludzi, szczególnie starszych, wróciło do Strefy Wykluczenia i na jej obrzeżach prowadzi zupełnie normalne życie. Hoduje warzywa, prowadzi gospodarstwo i ich jabłka nie ważą wcale po 5 kg sztuka, a krowy nie mają trzech głów 🙂 Dlaczego wrócili głownie ludzie starsi? Nie mogli się oni prawdopodobnie uporać psychicznie i życiowo z wysiedleniem, dlatego gdy tylko nadarzyła się okazja, wrócili “na stare śmieci”. Po drugie, ludzie młodzi mieliby problem z normalnym funkcjonowaniem na tym terenie. Nie ma tam bowiem żadnych zakładów pracy, szkół, sklepów, czegokolwiek. To znacznie utrudniałoby życie ludzi w wieku produkcyjnym.

Prypeć – miasto widmo, Elektrownia i Radar Duga-3.


Pierwszym punktem na mapie naszego wyjazdu było miasto Czarnobyl, jednak odwiedzamy je tylko przejazdem. Cała “zabawa” zaczęła się dopiero w mieście Prypeć. Opuszczonej aktualnie miejscowości, która przed katastrofą tętniła życiem. Mieszkali tu głównie pracownicy elektrowni. Było to sowieckie, robotnicze miasto, choć niezwykłe – mieszkali w nim ludzie dobrze sytuowani, pracujący w elektrowni, a władze robiły wszystko by w tym mieście zapewnić im odpowiednie warunki bytowania – kino, teatr, rozrywki, liczne szkoły i przedszkola dla dzieci, doskonale zaopatrzone restauracje i sklepy – słowem wszystko, co było potrzebne do wygodnego i luksusowego życia.

W tej chwili nie mieszka tam nikt, prócz okazjonalnych złomiarzy i stalkerów, którzy z nielegalnej eksploracji zony zrobili swoje hobby. Według przewodnika jeszcze niedawno potrafili przyjeżdżać ludzie, którzy mówili, że wrócili do siebie po rzeczy, prezentując klucze do mieszkań. Opłakany stan budynków, rozszabrowanych do granic i zarośniętych miejską dżunglą nie był na pewno widokiem przyjemnym.

Zwiedzanie miasta zaczynamy na centralnym placu Prypeci przed Klubem Energetyka, który pełnił kiedyś funkcję domu kultury, a dla nas stał się punktem startowym do dalszej eksploracji miasta. Wjeżdżając na teren Prypeci trudno zorientować, czy to jeszcze zalesiony teren przedmieść, czy może już miasto. Autokar cały czas ociera swoimi lusterkami o dzikie zarośla i gałęzie. Natura wchłonęła na powrót to, co kiedyś wydarła jej kultura. Przewodnicy na każdym kroku zwracają uwagę na dzikie zwierzęta i węże (przede wszystkim żmije), które doskonale odnalazły się w specyficznych warunkach zony. Tu nikt im nie przeszkadza, nikt nie zagraża ich życiu. Teraz to ich teren.

Jadąc tą, wydawałoby się, leśną drogą, dociera do Ciebie nagle, że jesteś…w samym centrum miasta. Znajdujesz się na placu, który kiedyś był pięknie przyozdobiony różami, a ludzie przy nim mieszkający mieli dosłownie 2 kroki do kina, teatru, czy sklepu. Zza drzew nieśmiało wyglądają pozostałości bloków z wielkiej płyty, w których przeszło 30 lat temu toczyło się zupełnie normalne życie robotniczych rodzin.

W samej Prypeci zwiedziliśmy kilka ważnych, z perspektywy dawnego funkcjonowania miasta, miejsc. W wyobraźni widzisz jak tętnią one życiem, gwarem i ruchem, ale przed Twoimi oczami staje tylko (aż?) “miejsce po katastrofie”. Opuszczone, ciche, zniszczone, rozgrabione. Wśród tych reliktów wymienić należy m.in. port rzeczny, hotel, kino “Prometeusz”, centrum handlowe, park rozrywki, dom kultury, czy stadion. Miejsca te oglądamy tylko z zewnątrz. Ze względów bezpieczeństwa przewodnicy zabraniają wejścia do środka. Nie mam do końca pewności, czy to na pewno ze strachu przed ryzykiem wypadku i przepisami, czy może by zapanować nad niemałą grupą turystów.  

Po kilku godzinach w Prypeci udaliśmy się na obiad do stołówki pracowniczej sąsiadującej z Elektrownią Atomową. Wejście na salę to nasz pierwszy kontakt z dozymetrem (miernikiem napromieniowania) podczas tego wyjazdu. Odnoszę jednak wrażenie, że wstawiono go tam bardziej jako atrakcję, niż z powodu rzeczywistego zagrożenia, które należałoby kontrolować.

Zaraz po posiłku udajemy się pod budynek czwartego reaktora, którego awaria była odpowiedzialna za całe nieszczęście. To, co rzuca się natychmiast w oczy, to “Nowa Arka” – sarkofag przykrywający wadliwy reaktor. Jego głównym zadaniem jest zapobieganie wydostawania się napromieniowanych cząsteczek do atmosfery. Po co taki kolos? Poprzedni sarkofag zbudowany naprędce w 1986 roku niszczał coraz bardziej – w wyniku erozji wody, rdzy i po prostu czasu. Pod nim wciąż znajduje się przeszło 200 ton roztopionego rdzenia jądrowego reaktora, który aktualnie wygląda jak zastygnięta magma. Nowy sarkofag (ważący 29 tys. ton, o wymiarach około 150 × 250 m i wysokości ponad 100 m) przykrył całość, gwarantując kolejne 100 lat względnego spokoju (na tyle został przewidziany). Przyznaję – budynek z bliska robi monumentalne wrażenie, szczególnie mając na uwadze to, co znajduje się w jego wnętrzu oraz to, jakich wydarzeń to miejsce było świadkiem.

Szybkie pamiątkowe zdjęcie i wskakujemy znów do autokaru, aby dostać się do ostatniej atrakcji wyjazdu – radaru pozahoryzontalnego Duga-3. Do samego kompleksu anten prowadzi długa, leśna droga wyłożona betonowymi płytami. Mijające nasz autokar osobówki muszą kombinować – droga jest niewiele szersza od autobusu. Sama instalacja ta to prawdziwy olbrzym, którego obejście wokół zajęło nam prawie godzinę. 

Budynek techniczny (przypominający dzisiejsze serwerownie, ale poważnie rozgrabiony i zniszczony) był jedynym pomieszczeniem, do którego mogliśmy wejść. Zostaliśmy wpuszczeni również na dach budynku, z którego rozpościerał się niesamowity widok na radar, popularnie nazywany “Okiem Moskwy”.

Instalacja służyła do wykrywania nadlatujących nad terytorium ZSRR pocisków balistycznych m.in. USA z głowicami nuklearnymi, jako jeden z ważnych elementów systemu wczesnego ostrzegania przed atakiem na ZSRR

W Czarnobylu-2 postawiono dwa zespoły anten odbiorczych, każdy nastrojony na inne pasmo KF. Mniejszy zespół składał się z 12 masztów wysokości 90 m (85 m) – na zakres 14 do 30 MHz; większy – z 17 masztów wysokości 150 m (135 m), na zakres 4 do 14 MHz. Oba położone były jeden obok drugiego na przestrzeni około 900 m. Każdy z masztów podtrzymywał 21 szerokopasmowych anten o konstrukcji zbliżonej do dipola Nadienienki. W tylnej części konstrukcji znajdowała się siatka, pełniąca rolę reflektora fal. Konieczność zastosowania dwóch anten podyktowana była rozszerzeniem zakresu częstotliwości, aby uniknąć utrudnień propagacyjnych związanych z zakłóceniami jonosfery przez zorze polarne.

Masa całej konstrukcji w Czarnobylu-2 to ok. 13000-14000 ton. Koszt budowy radaru szacuje się na 0,5 do 1,5 mld dolarów.

Kolejne godziny upłynęły na przebyciu trasy do kijowskiego hotelu, szybkim prysznicu i mentalnym przygotowaniu się do powrotu do Polski ;). Po całym dniu eksplorowania opuszczonych miast powrót przebiegał dość sennie, pominę tylko milczeniem 5 godzin na granicy, by nie psuć sobie dobrych wspomnień 😉

Akt 3. Nadzieja na przyszłość.


Tajemnicza, czarnobylska zona jest miejscem, do którego na pewno chce się wracać. Ta przestrzeń żyje, zmienia się i ewoluuje. Za kilka lat zastanę tam coś zupełnie innego niż to, czego miałem okazję doświadczać na przełomie maja i czerwca tego roku.

Zmiana ta nie polega wyłącznie na powrocie do natury. Nie chodzi więc tylko o to, że Prypeć, czy Czarnobyl są coraz mocniej zarośnięte. Chodzi o coś więcej. Zmieniają się warunki pobytu w zonie (np. kiedyś mniej lub bardziej oficjalnie można było wchodzić do budynków, aktualnie robić już tego nie można), jej krajobraz i klimat. Przeistacza się ona z miejsca kojarzonego wyłącznie z katastrofą atomową w przestrzeń, która żyje własnym życiem, bez nadmiernej ingerencji człowieka. To również fascynuje.

Przewodniczka, która prowadzi wycieczki do Czarnobyla od 13 lat wspominała, że miejsce to zmienia się nieustannie na jej oczach. Z jednej strony przekształca je środowisko, a z drugiej „kultura”, w postaci szabrowników i złomiarzy. Turyści wjeżdżający do zony podpisują dokumenty, że nie wywiozą z niej absolutnie niczego, ale problem niszczenia tego miejsca leży gdzie indziej. Ukraina nadal toczona jest przez korupcję. Z Prypeci i Czarnobyla wywożone są całe tony złomu, na co – dzięki łapówkom – niektórzy pilnujący strefy przymykają łaskawie oko. 

Póki jeszcze jest co oglądać z pierwotnego kształtu miasta i elektrowni, warto jak najszybciej wybrać się do tego magicznego, tajemniczego i pociągającego miejsca. Jest to ewenement na skalę Europy, a ze względu na powód upadku miasta, również na skalę świata.

Czarnobylska Strefa Wykluczenia odwiedzona raz – zachęca do powrotu. Piorunujące wrażenie, które wywołuje, działa jak “narkotyk z opóźnionym zapłonem”. Chce się go spróbować raz jeszcze, choć najchętniej za kilka lat, by zobaczyć różnice. Każdy ma w tym miejscu swój cel. Ja szukałem tam ciekawych kadrów, co z powodu dużej grupy było mocno utrudnione. W pewnym momencie dałem spokój – i tak wiem, że jeszcze tam wrócę… 🙂

Tagi

Mike Czuba

Cześć, jestem Mike Czuba, a ten blog jest o podróżach po Polsce oraz pięknych zakątkach, które znajdziecie na świecie. Nazywam się Michał Czuba, ale śmiało - jestem Mike :). (...) Podróże - te bliższe i całkiem odległe - kocham i uwielbiam! Każdą wolną chwilę staramy się spędzać w trasie. Nie zamykamy wyjazdów w gonitwie "o kolejny kraj do odhaczenia". Większość naszych wyjazdów to wyjazdy lokalne, w Polsce, które pozwalają eksplorować zakątki kraju wzdłuż i wszerz :). Sprawdź więcej w zakładce "O mnie". Miłego odbioru! :)

2 komentarzy

  1. Normalnie ciary! Czyta się świetnie. Zdjęcia robią piorunujące wrażenie, w szczególności te z wesołego miasteczka.
    Mało kto wie, ale na Cyprze również jest opuszczone miasto – Varosha – dziś nazywana miastem duchów, a niegdyś słynny i luksusowy kurort odwiedzany przez światowe sławy!
    Powodem wysiedlenia cypryjczyków była armia turecka, która w ’74 wkroczyła na Cypr, co również spowodowało podzielenie go na połowę grecką (UE) i turecką. Niestety do Varoshy nie ma wstępu, ale część można zobaczyć ze statku. Są zdjęcia w necie, polecam zgłębić temat 😉

    1. O, to ciekawe, nie wiedziałem o tym mieście które wspominasz – a miałem przyjemność być na Cyprze kilka lat temu (we wspomnianej przez Ciebie tureckiej części) :). Temat rzeczywiście wart zgłębienia – szkoda tylko, że nie ma tam wstępu. Trafia na listę miejsc do poznania! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Back to top button
Close